„Ultramaratończyk nie musi lubić biegać”

Daniel Lewczuk, mimo że przebiegł ponad 1000 kilometrów w ekstremalnych warunkach na czterech pustyniach, deklaruje, że nie lubi biegać. Nam opowiedział o tym, dlaczego zdecydował się ruszyć z kanapy i jaką rolę w osiąganiu celów odgrywa głowa.

Mówisz otwarcie o tym, że nie lubisz biegać?
Nie lubię i nigdy nie lubiłem. Nigdy w życiu nie brałem udziału w maratonie i nie ciągnie mnie do tego.

Zaskakujące słowa, jak na kogoś, kto przebiegł 1000 km na czterech pustyniach. Dlaczego się na to zdecydowałeś?
Najprościej – bo mogłem. Wielu z nas po latach życia zawodowego, życia w jakimś komforcie lub sukcesie, szuka dla siebie wyzwań w innych obszarach niż życie zawodowe. Dobrze, gdy człowiek cały czas szuka i eksploruje. Po drugie, takie wyzwania niesłychanie poszerzają horyzonty i uczą.

W momencie, w którym zgłaszałeś się do 4Deserts bieg ukończyło tylko 27 ludzi na świecie i w grupie tej nie było Polaków. Skąd w ogóle pomysł, żeby to zrobić?
Pierwszy raz usłyszałem o tym morderczym cyklu od mojego przyjaciela z Kanady w 2009 roku. Pamiętam, że zdjęcia, które mi pokazał, niesłychanie mnie zainspirowały. Piękno pustyń było czymś, co pobudziło moją wyobraźnię. To była też zachęta do tego żeby troszeczkę się za siebie wziąć, bo byłem wtedy po wielu latach absolutnego braku aktywności sportowej po operacjach kolan. Stwierdziłem, że żeby móc w takich rzeczach uczestniczyć, najpierw muszę wziąć się za siebie. Jak poszedłem z żoną na spacer i zobaczyłem, że w piękny słoneczny dzień zostawiam ślady na asfalcie to był to dla mnie wystarczający bodziec, żeby zbić wagę i zacząć się ruszać.

Zacząłeś się ruszać z myślą, że dojdziesz do formy, która pozwoli ci przebiec Cztery Pustynie?
Totalnie nie mieściło mi się w głowie, że to w ogóle da się zrobić. Stwierdziłem jednak, że jeżeli ktoś potrafi i może, to oznacza, że się da. Zacząłem zastanawiać się, jaką siłę trzeba włożyć w przygotowania, żeby być tego częścią. Zdjęcia pustyń o których wspominałem sprawiły, że zapisałem się na siłownię, zacząłem pływać, później troszkę biegać, jeździć na rowerze. Waga zaczęła lecieć w dół…

Ile ważyłeś, zanim zacząłeś się ruszać, a ile, gdy biegłeś przez pustynie?
Dobre 116 kg, gdy zaczynałem i mniej niż 100kg w czasie Czterech Pustyń.

A jak wyglądały przygotowania?
Miałem jedną zasadę – na każdym treningu muszę być lepszy niż na poprzednim. Jeśli jednego dnia przepływałem na basenie 10 długości, kolejnego musiało to być 11 albo musiałem tych 10 długości przepłynąć minimalnie szybciej niż poprzednim razem. Realizowałem też malutkie projekciki: najpierw Supersprint – triathlon, później jakaś „piątka” w Warszawie, masowe „dyszki” i obudziło się we mnie marzenie, żeby zrobić „Ironmana”. Przepłynięcie 3,8 km, przejechanie 180 km na rowerze i przebiegnięcie dystansu maratonu, czyli ,2 km, to jedno z poważniejszych wyzwań dla wielu. Po jego ukończeniu stwierdziłem, że to niezła podstawa, żeby zrobić coś szalonego przed 40-tką.

Padło na 4Deserts?
Tak. Moje myśli zaczęły kierować się w stronę jednego z trudniejszych wytrzymałościowych wyzwań na świecie. Na tej samej liście jest też wejście na Mount Everest, ale jak zobaczyłem, że 3,5 tysiąca osób zrobiło to do tej pory, to stwierdziłem, że wyzwanie czterech pustyń wydaje mi się ciekawsze. W dniu, kiedy się zapisywałem, tylko 27 osób mogło się tym pochwalić.

Po jakim czasie od „ruszenia się z kanapy” zdecydowałeś się na udział w Czterech Pustyniach?
Mniej więcej roku. W dniu kiedy podejmowałem tą decyzję moja żona już spała, a ja telepiącymi się rękami nacisnąłem przycisk „enter”, żeby się na te zawody zapisać. Byłem sparaliżowany lękiem przed wyzwaniem, na które chciałem się porwać. Patrzyłem tępo w ekran komputera i myślałem: „chłopaku, co ty w ogóle robisz?”. Chęć zmierzenia się z tym wyzwaniem i zrealizowanie marzenia albo mówiąc inaczej chęć przekroczenia pewnych barier i poszerzenia horyzontów była większa niż strach, który chciał mnie odwieść od tej decyzji.

Jaka była kolejność biegów?
Pierwsza była Sahara Race w Jordanii na pustyni Wadi Rum, druga była Gobi w Chinach, trzecia – Atakama w Chille, a czwarta – Antarktyda.

Który z nich był dla Ciebie najtrudniejszy?
I dla mnie, i dla pozostałych chłopaków najtrudniejsza była Atakama. Po pierwsze, byliśmy na najbardziej suchej pustyni świata, w najbardziej suchym miejscu na ziemi. Dochodziła do tego wysokość – startowaliśmy na 3 250 m n.p.m. Część zawodników odczuwała już problemy z chorobą wysokościową. Jedni mieli zawroty głowy, mi świszczały płuca – mieliśmy problemy z oddychaniem. Suche powietrze sprawiało, że nasze śluzówki albo produkowały niesłychaną ilość wydzieliny, żeby ten nos zwilżyć albo nie produkowały jej prawie wcale – śluzówki wysychały i biegliśmy z krwawiącymi nosami.

?
Na Atakamie problemem była też temperatura – biegliśmy w dzień przy czterdziestu kilku stopniach – oraz ekspozycja słońce –na niebie nie było bez żadnej chmury. Pamiętam, że drugiego albo trzeciego dnia stanąłem o godzinie 16:09, bo na niebie pojawiła się przez piętnaście minut chmurka. Jedna! Różnica pomiędzy „chmurka zakrywa słońce”, a „chmurka nie zakrywa słońca” jest na pustyni gigantyczna.
Atakama była też dla mnie najtrudniejsza dlatego, że musieliśmy tam biec 10-11 kilometrów korytem rzeki z wodą po kolana, by wyjść z kanionu i biec kolejnych kilkanaście kilometrów po solniskach, gdzie sól zżerała nam podeszwy u butów.

A najtrudniejsza chwila?
Długi odcinek na Atakamie. Pamiętam, że to był 50. bądź 60. kilometr. Człowiek jest potwornie zmęczony i nagle podbiegamy pod wydmę wielkości Pałacu Kultury. W połowie drogi na górę padam na kolana i jestem przekonany, że to po prostu koniec. Z piętnaście minut użalałem się wtedy nad sobą wydychając ciężko powietrze. Myślałem, że to jest właśnie ten moment, ta ściana – kryzys, którego nie można wytrzymać. Potem wstałem jednak i pobiegłem dalej.

Jak ważnym składnikiem sukcesu podczas takich ekstremalnych wydarzeń jest głowa i nastawienie mentalne?
Miałem niedawno dyskusję na ten temat z moim trenerem. Moje ciało już od linii startu krzyczało, że jest ciężko. To, czego nauczyłem się o sobie, to jak niesłychanie mentalnie twardy potrafię być w sytuacjach ekstremalnych. Moja proporcja tego, jak ważna jest głowa w stosunku do ciała to 30% do 70%. Czasem jednak jest odwrotnie – kiedyś doświadczyłem tego też na Ironmanie. Człowiek jest pełen entuzjazmu, ma dobre nastawienie, a ciało niedomaga.

 Co chcesz przekazać ludziom?
Mam nadzieję, że moja historia też może być dla kogoś inspirująca. To historia nie tyle nawet sukcesu, co pokonywania własnych słabości. Nie jestem pisarzem, nie jestem też mówcą – ale jeśli moje doświadczenia pomogą choć jednej osobie – warto spróbować. W końcu, nie jestem też biegaczem.


Foto: www.4deserts.com/

Źródło: Arskom Group